środa, 13 lipca 2016

Smoothie malinowe



Cześć!

Smoothies to już bardzo popularny i dobrze znany sposób na zdrowe jedzenie. Składniki można tak dowolnie dobierać, aby uzyskać pełnowartościowy posiłek lub małą przekąskę. Dziś proponuję coś dla miłośników malin, ja jestem ogromną fanką tych cudownych owoców! Nie cierpię za to bananów, które są w tym koktajlu ledwo wyczuwalne i tylko podkręcają smak malin. Jest i szpinak, ogromna garść. Mniam!

Składniki:

- wielka garść szpinaku
- 400-500 g malin świeżych lub mrożonych
- 2 banany, dojrzałe!
- sok pomarańczowy lub woda- ok. pół szklanki
- opcjonalnie spirulina, korzeń maca czy inny superfoods

Przygotowanie: 

Wszystko wrzucamy do blendera i po prostu blendujemy do uzyskania w miarę jednorodnej mieszaniny. Pijemy przez szeroką słomkę.

Wskazówka: Jeśli chcecie, by taki koktajl był bardziej sycący, podprażcie 1/3 lub 1/2 suchej kaszy jaglanej, następnie ugotujcie do miękkości (można z cynamonem, mniam!) i zblendujcie z resztą składników. Pychota <3



Do następnego, hej! :) 

Wegańskie ciasteczka z masłem orzechowym i słonecznikiem

Cześć!

 

Znacie to uczucie, kiedy z różnych powodów decydujecie się na wyeliminowanie ze swojego jadłospisu produktów odzwierzęcych, glutenu i białego cukru? I teraz "ten uczuć", kiedy jesteście poza domem, może dłużej niż planowaliście, w brzuchu zaczyna podejrzanie burczeć... Wchodzicie do sklepu po szybką przekąskę- i tu zaczynają się schody! Do wyboru macie owoce czy orzechy lub suche wafle ryżowe, lub tego typu rzeczy. Ale co jeśli macie ogromną ochotę na coś innego- coś bardziej wyszukanego, a jednocześnie zdrowego? 

 

Jeśli poświęcicie jeden wieczór (lub poranek, lub popołudnie) na wyprodukowanie niewiarygodnej ilości TYCH ciastek- będziecie mogli je przechowywać w wielkim słoju i pakować na wynos. Wtedy z miną zwycięzcy pokonacie głód i nigdy nie będziecie mieli poczucia, że coś tracicie, bo chcecie odżywiać się zdrowo. 

 

Przekonałam Was już? To do roboty!

 

 

Składniki:

  -300 g płatków owsianych bezglutenowych

  - 300 g masła orzechowego (najlepiej domowego)

 - 60-90 g miodu/syropu z agawy/syropu klonowego (przy 60 g ciastka będą praktycznie niesłodkie, więc zależy od Waszych upodobań)

 - 1 szklanka mleka roślinnego (u mnie domowe kokosowe)

 - 1-2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia/ sody

 - słonecznik łuskany



Przygotowanie:

 

1) Jeśli stawiacie na domowe produkty:

 

Wiórki kokosowe ugotujcie w wodzie przez 2 minuty, następnie zblendujcie i przeciśnijcie przez sitko lub gazę. Płatki owsiane zmielić w blenderze kielichowym, nie musi być na drobniutką mączkę. Orzechy ziemne czy inne zmielcie w blenderze kielichowym, można dodać olej kokosowy. Dodać sporą szczyptę soli. 

 

2) Jeśli używacie gotowych produktów, po prostu odmierzcie ilości składników- masła orzechowego, mleka.


Zmielone płatki wrzucamy do dużej michy, dodajemy resztę składników. Porządnie mieszamy. Wkładamy miskę do lodówki na 15 minut. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Formujemy ciastka i wykładamy na blachę z papierem do pieczenia. Pieczemy 10-12 minut. Studzimy na kratce lub desce do krojenia. 

 

 


Gotowe! Możemy zajadać, popijając domowe mleko kokosowe z cynamonem i szczypta soli lub wanilią <3



 Przepis inspirowany tym: http://peanutbuttermonster.blogspot.com/2014/12/peanut-butter-monster-cookies-czyli.html



Do następnego, hej! :)

 

 

 

 


środa, 29 czerwca 2016

Domowa granola orzechowo- kokosowa




Cześć!

 

Dawno nie ciągnęło mnie do słodkich śniadań. Może swego czasu po prostu przejadłam się jaglanką z owocami i miałam dosyć na długi czas. Ponadto nie miałam najlepszych wspomnień z pieczenia swojej pierwszej granoli: po starannym wyborze i przygotowaniu ulubionych składników niestety...spaliłam ją w piekarniku. Nadawała się już tylko do wyrzucenia! Ale to było pół roku temu, a ja nabrałam ponownie ochoty na domową, pieczoną, aromatyczną i cudownie chrupiącą granolę. Przytaszczyłam więc ze sklepu składniki i....udało się! Tym razem poszło perfekcyjnie!


Składniki:

Tak naprawdę możecie wrzucić to, co lubicie i na co macie ochotę. Możecie nadać swojej granoli określony smak, na przykład czekoladowo- pomarańczowy albo kokosowo- granatowy. Moja granola jest mocno orzechowa z wyraźną nutą kokosa. Możecie więc kombinować, a na pewno na blogu pojawi się niejedna propozycja z granolą! <3







-płatki owsiane bezglutenowe, 1 szklanka
- płatki ryżowe, 1 szklanka
- orzechy nerkowca, pół szklanki
- orzechy laskowe, pół szklanki
- migdały, pół szklanki
- żurawina suszona, pół szklanki
- rodzynki, pół szklanki
- płatki kokosa, pół szklanki
- pestki dyni, szklanka,
- słonecznik, szklanka
- miód lub syrop klonowy/ z agawy, pół szklanki


Przygotowanie <3

Piekarnik nagrzać do 175- 180 stopni.
Składniki umieścić w dużej misce, polać miodem i dokładnie wymieszać, aby wszystkie ziarenka i płatki były pokryte i delikatnie posklejane. Wyłożyć na blachę z papierem do pieczenia. Rozłożyć jak najbardziej równomiernie za pomocą dużej, drewnianej łyżki. Piec ok. 15- 20 minut, sprawdzając co 5 minut czy się nie przypala i delikatnie mieszając drewnianą łyżką. Wyjąć z piekarnika, ostudzić. Przełożyć do dużego słoja. 

Przechowywanie: 

Granola w szczelnym słoju może stać nawet 3-4 tygodnie, ale wątpię, że tyle wytrzyma- jest tak pyszna, że zjecie ją w ciągu kilku dni! 

Podanie:

Granolę można schrupać wprost ze słoika, można zalać ulubionym mlekiem roślinnym, lub wymieszać z gorącą ugotowaną kaszą jaglaną czy gryczaną. Można posypać nią owoce i zapiec krótko w piekarniku. Możliwości jest tyle, że ogranicza nas jedynie wyobraźnia :)





Mam nadzieję, że przepis się Wam spodobał. 

Do następnego, Hej! :)

 

 

sobota, 18 czerwca 2016

Wszystkiego trzeba spróbować...na sobie





Cześć i czołem,



Dzisiaj o czymś, co będzie dość osobiste, ale bez tego nie da się wyjaśnić powodu, dla którego nieustannie jestem w poszukiwaniu- poszukiwaniu najlepszego dla mnie rozwiązania. Rozwiązania, które przyniesie mi poprawę zdrowia, które pozwoli żyć normalniej i nie każe martwić się każdego dnia: czy w moim ciele zaszły nieodwracalne już zmiany...




Temat jest śliski. W poprzednich postach pisałam na temat żywienia w chorobie hashimoto czy w ogóle w przypadku chorób autoimmunologicznych. Nie, nie wrzucam ich wszystkich do jednego worka, wiadomo, że często zalecenia w przypadku każdej z tych chorób są bardzo różne.


Jednak o czymś nie wspomniałam, pisząc o różnych zaleceniach dietetycznych. Something's missing, niestety. 

Podobne zestawienie wielu zaleceń i sposobów żywienia zrobiła na swoim blogu Pepsi Elliot. Jeśli jej jeszcze nie znacie, zajrzyjcie, bo mądrze pisze o wielu sprawach i ma sporą wiedzę- o suplementach, pochodzeniu żywności, itd. Sama autorka bloga jest witarianką. Stosuje styl żywienia 80-10-10 zalecany przez niejakiego dr Grahama.  http://www.pepsieliot.com/o-najlepszych-dietach-dla-hashimoto/

Czytając jej artykuł, uświadomiłam sobie, że zapomniałam napisać o opcji dietetycznej jaką jest dieta roślinna. Od dawna oglądam filmy youtuberki o nazwie Joanna Maja, która zmaga się z Hashimoto, łysieniem i wieloma innymi poważnymi zaburzeniami. Jest ona na diecie bezglutenowej oraz wegańskiej. Z początku przez rok jadła w stylu Raw Till 4, 80-10-10, obecnie jest na opcji Starch Solution. Nie będę dziś się nad tym rozwodzić, bo trzeba by to wszystko dokładnie opisać, a nie o to dziś mi chodzi.  https://www.youtube.com/watch?v=hvSGPXvRojw

Chodzi mi o to, że nie mam pojęcia jakim cudem zapomniałam o tym wspomnieć, skoro oglądam i czytam od dawna te materiały, wspomnianych tu dziś osób. Myślę, że wspomnieć o tym powinnam, bo jak zawsze mocno podkreślam- To, co służy jednemu, drugiemu będzie szkodzić! 

Dlatego też, dalecy powinniśmy być od oceniania czyjegoś stylu żywienia.  Co wtedy, jeśli ktoś nie je soi, strączków i mleka i czuje się świetnie, a druga osoba stosując te same zalecenia, ma coraz gorsze wyniki i czuje się źle? Co, jeśli ktoś nigdy nie był na protokole ale za to jest na paleo i ma się świetnie- a tymczasem inna osoba musi być na niezwykle restrykcyjnym FODMAP, żeby czuć się w miarę dobrze?

Dziewczyna, o której wspomniałam, Joanna Maja ze swoim kanałem na YT- znalazła swoją drogę do wyciszenia kilku agresywnych chorób i zaburzeń. nie bierze leków (mam nadzieję, że pod kontrolą lekarza!), jest na diecie roślinnej i wreszcie czuje się dobrze. 

Jest tyle doniesień, które podają, że na diecie roślinnej kobietom z zaburzeniami hormonalnymi wróciła miesiączka, spadło TSH, przeciwciała- że czuję się kompletną ignorantką, że o tym nie wspomniałam kiedy robiłam wielkie zestawienie różnych sposobów odżywiania.

Dlatego uznałam, że należy się diecie roślinnej osobny artykuł. Mogłam po prostu edytować tamten post i byłoby po sprawie. Ale chyba byłoby to nie fair :)

A teraz, bo miało być przecież osobiście- co ze mną?

Jak już pisałam w innym poście, choruję na hashimoto od jakichś 11-12 lat. Diagnoza postawiona była kiedy miałam ok. 13 lat, ale oczywiście biorę pod uwagę fakt, że mogłam być chora wcześniej- bo rzadko wykrywa się to wcześnie. 

Zachorowałam więc jako nastolatka i to bardzo wczesna nastolatka. Jednak co ciekawe, nie miałam większych problemów z miesiączkowaniem i w ogóle, etap dojrzewania nie wydawał się w żaden sposób zaburzony- że tak to ujmę, nie odstawałam od rówieśniczek w swoim fizycznym rozwoju. 

Jasne, odczuwałam skutki i objawy choroby. Byłam słabsza, szybciej się męczyłam i łapałam zadyszkę- ale byłam przyzwyczajona bo od dziecka miałam astmę i byłam strasznym alergikiem. Przez lata nie biegałam na lekcjach wuefu. 

Mijały lata. Lekkomyślnie odstawiłam leki- Letrox. Nie chciało mi się ich brać, uważałam że są mi niepotrzebne, czy coś. W wieku 21 lat zaczęłam brać tabletki antykoncepcyjne, wtedy już od 5 lat nie brałam Letroxu lub brałam strasznie nieregularnie... wyszłam za mąż, zmieniłam miasto.

Po dwóch latach postanowiłam odstawić tabsy anty. No ewidentnie mi nie służyły. Ciągle niedobrze, jakieś żyłki na nogach, bóle, poza tym brałam już regularnie Letrox i dowiedziałam się (po dwóch latach!), że antykoncepcja hormonalna źle wpływa na przyjmowany Letrox, mało tego- w ogóle na osobę z chorobą autoimmunologiczną...zyskałam świadomość, której wcześniej nie miałam- tabletki anty to szkodliwa trucizna, nawet dla potencjalnie zdrowej kobiety. Rzuciłam paskudztwo w październiku 2015 i.....przestałam miesiączkować.


Z początku okres był, ale coraz dłużej na niego czekałam. W styczniu się już nie pojawił. Od tamtego czasu głucha cisza.

Ginekolog zrobiła mi badania, okazało się, że TSH 2,5- i tak super, zeszłam z 15,5- ale nadal  źle. Testosteron w najbardziej górnej granicy normy, prolaktyna wręcz odwrotnie. Wywołano mi miesiączkę Luteiną, czyli po prostu progesteronem. Była, minęła i...już się więcej nie pokazała. 

Od dwóch dni znów biorę Luteinę. Ale postanowiłam sobie coś. Zawzięłam się. Nie dam chorobie szansy na zrobienie ze mnie 24-letniej kobiety z menopauzą, wysokim ryzykiem osteoporozy i nowotworu macicy. Nie planuję dzieci, ale brak owulacji, niepłodność to nie tylko niemożność posiadania dzieci. To poważna sprawa, grozi wieloma powikłaniami. 

Dlatego postanowiłam na kilka miesięcy, w ramach eksperymentu- wyeliminować żywność pełną hormonów, antybiotyków, substancji, które mogą zaburzać moją gospodarkę hormonalną i zdrowie.

Nabiał już wcześniej rzuciłam, gluten jeszcze wsześniej. Ale przyszła kolej na sprawdzenie opcji z wyrzuceniem mięsa.

Dlaczego? Nie mam możliwości ani też tyle pieniędzy, aby wszystko było z ekologicznej hodowli, karmione trawą i w ogóle.

Mięso z marketów jest bombą zegarową pełną substancji, których nikt nam nie zdradzi. Dopuszczone przez jakieś normy, owszem- ale chyba każdy wie, o co chodzi.

Absolutnie NIE JESTEM PRZECIW PALEO. Może się bowiem okazać, że wrócę do Paleo z podkulonym ogonem. Nie wiem, nie mam pojęcia, jak zareaguje moje ciało. Nikt tego nie wie, dlatego jedyne wyjście to sprawdzenie na sobie samej, co to przyniesie.

Jako, że na blogu chciałam zawsze wrzucać przepisy- będę to robić. Osoby na paleo czy na diecie tradycyjnej nadal mogą z powodzeniem z nich korzystać- wystarczy je lekko zmodyfikować, przyrządzanie mięsa jest raczej łatwe, każdy ma w tym doświadczenie. O wiele trudniej przyrządzać dania roślinne, które będą ciekawe i inspirujące, nie nudne ani powtarzalne do bólu. 

 Za radą mojej Przyjaciółki, która note bene, jest wegetarianką i przymierza się do weganizmu- planuję zrobić dokładne badania krwi, które powtórzę za jakiś czas aby kontrolować wpływ jedzenia roślinnego na moje zdrowie. 

Czy to w ogóle rozsądne, czy to skakanie z dietetycznego kwiatka na kwiatek- ja tak nie uważam. I, szczerze powiedziawszy- nie dbam o to, jak to widzą inni. Bo tu chodzi o mnie, a nikt za mnie nie udźwignie ciężaru choroby czy złego samopoczucia. 

Przepisy już wkrótce, mam nadzieję, że wszystkim przypadną do gustu i że będziemy się tu dobrze bawić :)




Nie przedłużam tego wpisu, będą kolejne, to zaledwie garść informacji!


Do następnego, hej! 

  


   

wtorek, 10 maja 2016

Codzienność chorego na hashimoto- z przymrużeniem oka, trochę narzekania.

" "A resztę badań to sobie pani już zrobi prywatnie".

Chyba popełniłam błąd, zakładając tego dnia do lekarza moją ulubioną sukienkę uszytą z dolarów, wysadzaną kryształkami Svarowskiego.
To oczywiście sarkazm. Nie mam takiej sukienki."


Cześć!

Dziś chcę się podzielić wpisem o charakterze tragikomedii. Dramat, ale właściwie to nawet można się pośmiać. Któż z nas nie zna tej adrenaliny towarzyszącej korzystaniu z usług służby zdrowia! Nie trzeba chorować na Hashimoto, każdy chodzi czasem do lekarza. Zapraszam! :D


 Jest 5:50, dzwoni budzik. Wstawać się nie chce, wiadomo. Tym bardziej, że znowu nie udało mi się dotrzymać złożonej sobie
obietnicy, żeby kłaść się do łóżka wcześniej i nie korzystać przed snem z tabletów, telefonów, komputera. Budzę męża, łykam Letrox, robię mu śniadanie, sama zjem dopiero za jakieś pół godziny- po tabletce trzeba odczekać do śniadania. Plany na dziś?


W poniedziałek mam umówioną wizytę u dietetyka klinicznego. Do wizyty muszę się przygotować: pani dietetyk
prosiła abym zrobiła szereg badań. Między innymi krzywą insulinową. Prawdopodobnie mam insulinooporność, więc trzeba to wyjaśnić w badaniu.


Mam to szczęście, że sama jestem sobie szefem. Ustalam sobie godziny pracy a nawet ilość przyjmowanych zleceń,
klientów. Najczęściej pracuję w godzinach popołudniowych. Nie każdy ma ten komfort, a ja się cieszę, że mam, bo dzięki temu nie muszę zwalniać się z pracy żeby iść do lekarza albo na badania do laboratorium, które przecież wykonuje się
najczęściej rano.


No i tu zaczyna się tak zwany cyrk na kółkach.
Właściwie cyrk się zaczął już wczoraj.


 Idę do przychodni. Będę potrzebowała umówić się do lekarza pierwszego kontaktu, żeby dostać od niego skierowanie na choćby część badań- przecież są dość drogie, a ja muszę zrobić ich kilka. Sama wizyta u dietetyka też kosztuje. Umawiam się na wizytę na kolejny dzień.

Poszło gładko. Ale ja mam jeszcze pytanie. Więc pytam panią w rejestracji. Czy w tej przychodni jest laboratorium? Jest. A czy wykonuje się tu takie badanie jak krzywa insulinowa?
Nie wiem. Proszę pytać u góry, w okienku. W okienku- nie wiedzą. Proszę iść do laborantki,
pokój xxx.
 

Laborantka nie wie, odsyła do okienka....w okienku pani stwierdza, że pójdzie spytać laborantki :D

Wraca. dzwoni przy mnie do jakiejś znajomej pani magister i pyta o owo nieszczęsne badanie.
Nie wiem kim jest ta pani, nie nosi fartucha ale z pewnością należy do personelu medycznego. Bardzo miła, ale to co zaraz powie, sprawia że głupieję.
"Takiego badanie nie wykonujemy, to trzeba w szpitalu. Bo nie można podać tak sobie zdrowemu pacjentowi insuliny, to jest groźne. To trzeba w warunkach szpitalnych".

Dębieję. Czy ja o czymś nie wiem? Czyżbym była głupia, aż tak? Myślałam, że krzywą insulinową oznacza się razem z krzywą cukrową, nikt mi nie podaje żadnej insuliny, tylko bada stężenie mojej własnej insuliny w mojej własnej krwi, na czczo, potem po godzinie od wypicia glukozy i w końcu po dwóch godzinach.

Ale pani brzmi przekonująco i idę do domu sprawdzić, o co naprawdę chodzi w tym badaniu.

Po drodze dzwonię do pani dietetyk. Mówię, że jest problem z tym badaniem, że nie chcą go zrobić. Poleca mi
na szczęście jakieś laboratorium, o którym wie że chyba tam robią.


W internecie znajduję to laboratorium. Dzwonię, nikt nie odbiera. Orientuję się, że jest popołudnie. Nikt przecież
nie siedzi w punkcie pobrań po południu!
 


Gapa ze mnie, muszę dzwonić jutro z rana.


Dziś. 10 maja 2016. Jadę do lekarza pierwszego kontaktu. Mówię, że potrzebuję skierowanie na badanie TSH, FT3 i FT4.
Cichutko wspominam, że przeciwciała zbadam już prywatnie, bo pewnie pan mi nie da skierowania również na nie.
Lekarz patrzy i mówi, że on może dać tylko na TSH, ale dorzuci ładnie morfologię, jeszcze cukier i badanie moczu. Zmierzył mi nawet ciśnienie! A, i dorzucił dowcip. "Jak wróżyły Cyganki, będzie pani żyła do samej śmierci, hehe". Taki śmieszek z niego.


"A resztę to sobie pani już zrobi prywatnie".

Chyba popełniłam błąd, zakładając tego dnia do lekarza moją ulubioną sukienkę uszytą z dolarów, wysadzaną kryształkami Svarowskiego.
To oczywiście sarkazm. Nie mam takiej sukienki.



 


Wsiadam w autobus, dzwonię do laboratorium poleconego przez dietetyka. Odbiera bardzo fajna pani. Pytam o krzywą. Pani nie wie.
Ale jest miła i kompetentna, więc sprawdzi a ja oddzwonię za pół godzinki. Cieszę się i czuję ulgę. Dzwonię po pół godzinie.

Badają. Super. Pytam o cenę- mniej przyjemna, ale co zrobić? Pani pyta czy mam od lekarza na recepcie napisane, jaka
to ma być glukoza, którą mam kupić w aptece. 50 czy 75? Mówię, że nie mam takiego świstka. Pani  mówi, że nie szkodzi.

Siedzę jeszcze w autobusie, a Miła Pani dzwoni do mnie, bo spytała i jednak potrzebuję ten świstek. Że jaka to ma być
glukoza. Jestem jej wdzięczna, bo to z jej strony ładnie a z drugiej strony załamana, bo przecież właśnie wyszłam od lekarza.
Dzwonię do przychodni, innej, blisko mojego domu. Przyjmą mnie, bez problemu. Ok.


Lekarz przyjmuje, pyta o co chodzi. Wypisuje mi karteczkę, że glukoza 75. Nieśmiało zagajam, czy lekarz pierwszego
kontaktu może wypisywać skierowanie na TSH, FT3 i FT4. Nie, nie, wie pani, ja mogę na TSH only. 


Wdech, wydech.

Mówi jeszcze, że u nich bez problemu w laboratorium zrobią mi wszystko co tylko mi się zamarzy. Nawet tą krzywą
insulinową. Podekscytowana, biegnę do pani która pobiera krew spytać i ceny. Będę mieć tak blisko na badania, żadnych autobusów!

Pani patrzy, dyktuje mi ceny ale przy krzywej insulinowej poprawia mnie z miną zwycięzcy:

"Pani chodzi o krzywą cukrową!"

Nie, nie chodzi. Chodzi o cukrową ORAZ insulinową. Tłumaczę, na czym to polega.

Pani nigdy o tym nie słyszała. Nie ma nawet czegoś takiego w jej cenniku. Kilka razy znów próbuje mi wmówić, że jestem tępa
i nie wiem, co to jest glukoza, a co to jest insulina. Ona wie lepiej, czego mi trzeba do szczęścia.

Odchodzę, mówiąc że dziękuję za pomoc ale zrobię badania tam, gdzie wiedzą o co chodzi.

Dzwonię znów do tej Miłej Pani.
 


 Jej ciepły głos przynosi mi ulgę. Podśmiewamy się, żartujemy. Pytam o ceny badań,
postanowiłam zrobić w ich laboratorium wszystkie, łącznie chyba z siedem.


Podliczam, wychodzi kwota która przyprawia mnie o mały ból głowy, ale zawsze mogło być gorzej. Potrzebuję tych wyników,
więc trzeba iść i zapłacić, innej drogi nie ma. TSH zrobię sobie na fundusz, zaoszczędzę 15 zł. Dobre i to.  



Jak już człowiek tak z siebie to wszystko wyrzuci, to jest jakby prościej. Lżej tak jakoś. I nawet śmiać się już z tego chce, bo po co płakać w sumie. Nie ma co!






Ciekawią mnie Wasze doświadczenia i potyczki z lekarzami, laboratoriami i innymi cudami! Koniecznie się podzielcie w komentarzach :) :) :) 


Do zobaczenia! :)

 

wtorek, 3 maja 2016

Żywienie w hashimoto cz.2




Żywienie w hashimoto, cz. 2


Cześć, 

 

 

Dziś dalsza część na temat żywienia w chorobie hashimoto oraz towarzyszących jej często dolegliwościach. Przypominam, że to wypadkowa moich własnych doświadczeń oraz setek przeczytanych artykułów, wypowiedzi, obserwacji innych. Nie jest to więc fachowy artykuł medyczny czy dietetyczny. Jednak sądzą, że okaże się pomocny, może być bazą czy inspiracją która pomoże Wam ustalić, co dla Was jest najlepsze i co Wam służy :)

 

Jeśli chorujecie od jakiegoś czasu i żywo interesujecie się tym, co na temat hashimoto jest w internetach- to na pewno znacie już bloga "Tłuste życie", "Alpaca square" "Cook it lean" oraz dietetyczkę kliniczną "Ajwen"- Iwonę Wierzbicką. To źródła mojej wiedzy ale oczywiście z pewnością jest ich więcej. Osobiście tak bardzo lubię te dziewczyny dlatego, że albo same na własnej skórze próbują tego, o czym piszą i mają efekty, albo pomagają innym i mają świetne efekty w pracy z pacjentami. Jest to mój probierz czyjegoś sukcesu czy "racji" w tej i innych dziedzinach.

 

Wspominam o nich ponieważ sama jakiś czas temu staram się stosować podejście żywieniowe o którym wiem właśnie od nich. Co to za podejście? Co mi służy, co aktualnie sprawdzam?

 

  • PALEO   

   O co chodzi z tą dietą Paleo? To nie kolejna dieta sezonu, modna wśród gwiazd Hollywood tego lata, nie dwutygodniowa fanaberia. Jest to sposób odżywiania na całe życie, lub chociaż do osiągnięcia spodziewanych efektów- potem jeśli ktoś chce, może na przykład włączyć do jadłospisu niektóre kasze czy ryż itd. Osobiście nie zgadzam się z jej założeniami bazującymi na teorii ewolucji itd, ale jej zasady bardzo mi odpowiadają. Na temat Paleo jest w sieci tyle, że na pewno nie ma sensu się tu rozpisywać za bardzo, ale podstawowe zasady to: 

 -eliminacja z diety nabiału, a już na pewno tego sklepowego,

-eliminacja zbóż i pseudozbóż (np. gryki, ryżu...)

-eliminacja roślin strączkowych

-eliminacja białego cukru, wszelkiej żywności przetworzonej

-większość źródeł eliminuje również ziemniaki i ogólnie warzywa wysokoskrobiowe.

Ponadto w Paleo nie boimy się tłuszczu, szczególnie zwierzęcego, jemy tłuste mięso, podroby, ale też olej kokosowy, awokado. Tłuszcze roślinne tylko zdrowe, na zimno, nie smażymy na nich, nie gotujemy. Jemy też owoce i warzywa. Jak widać, Paleo leży bardzo blisko protokołu autoimmunologicznego. Dlatego jest tak zalecane przy hashimoto i insulinooporności.

To w telegraficznym skrócie. Więcej na ten temat na blogach, które wcześniej wymieniłam- gorąco je polecam!

 

Co może nam dać Paleo?  Przy hashimoto i insulinooporności (które często idą ze sobą w parze) zwiększona ilość tłuszczów a zmniejszona węglowodanów może zbawiennie wpłynąć na układ nerwowy, trawienny, hormonalny...uspokoi się cukier, jego skoki- a więc i w efekcie końcowym schudniemy. Opanujemy wilczy głód i nagłą senność pojawiającą się wcześniej po spożyciu porcji makaronu czy chleba. 

 

O czym jednak pamiętać przy hashimoto, chcąc przejść na paleo?

 

  • PALEO PLUS DOBRE WĘGLOWODANY 

Większość źródeł podaje, że przy hashimoto węglowodany są nam potrzebne w większej ilości, niż byśmy sobie dostarczyli na diecie czysto Paleo. Możemy najczęściej przeczytać 0 120-150 gramach węglowodanów. Jak to pogodzić z dietą Paleo, jeśli nam służy? A najprawdopodobniej tak będzie- jeśli masz hashi i IO. 

Z pomocą przychodzą dozwolone w Paleo owoce. Ja staram się wybierać takie, które nie spowodują aż tak nagłego skoku cukru i insuliny we krwi oraz te, które dodatkowo pomogą lepiej trawić tłuszcze których jest w Paleo tak dużo. Do takich owoców należy ananas. Dobre będą cytrusy i owoce leśne, jagodowe. 
Poza tym można ładnie spowolnić wzrost cukru we krwi jedząc owoce z tłuszczem, ja uwielbiam połączenie ananasa z nierafinowanym olejem kokosowym- smakuje jak pinacolada!!! :) 

Jeśli czujemy się dobrze a może nawet przeszliśmy przez protokół, możemy wprowadzać kaszę gryczaną czy ryż biały w małych ilościach, jako źródła węglowodanów.

Z pomocą przychodzą też warzywa takie jak bataty, buraki i marchew. 

Trzeba znaleźć swój sposób i umiejętnie żonglować węglowodanami w ciągu dnia. Rozłożyć sobie je na powiedzmy dwa posiłki. 

I tutaj kolejna sprawa, czyli.....

  • KOLEJNOŚĆ POSIŁKÓW                                                    Oczywiście, nie ma reguły idealnej dla nas wszystkich. Jednak co ja zauważyłam, jeśli chodzi o kolejność posiłków? Najbardziej służy mi śniadanie białkowo- tłuszczowe. Mogą się w nim znaleźć warzywa, ale nie te wysokoskrobiowe. 
W kolejnym posiłku mogą znaleźć się jakieś węglowodany, np. owoce połączone z tłuszczem. 

Kolacja w wypadku osób z hashi może być węglowodanowa. Wielu osobom to bardzo służy, przyglądam się teraz swojemu organizmowi i wygląda na to, że mnie również będzie to pasowało. 

Ile tych posiłków? Jeśli dodatkowo mamy insulinooporność lub ją podejrzewamy patrząc na swoje objawy, posiłków powinno być mało w stosunku do tego, co proponują dzisiejsze media i dietetycy dla osób zdrowych. Słyszy się o 5-6 małych i częstych posiłkach. Dla nas częściej optymalne będą 3, max. 4 posiłki. Pomoże to uniknąć skoków cukru i wyrzutów insuliny .

Przykładowe posiłki u mnie to:

śniadanie: wątróbka smażona na maśle klarowanym z cebulą plus warzywa 
kolejny posiłek: pieczone buraki, kalafior, cebula czerwona z oliwą i jajko sadzone z płynnym żółtkiem, 
obiad: warzywa plus sztuka mięsa duszona w maśle klarowanym
kolacja: pół ananasa i trzy mandarynki z olejem kokosowym.

Wiem, że podobno owoce na noc to zły pomysł, dlatego może lepiej by było zamienić drugi posiłek z kolacją. Jednak pod koniec dnia czasem orientuję się, że nie zjadłam prawie wcale węglowodanów i chcę to naprawić. Dodatkowo muszę powiedzieć, że po takiej kolacji wstałam rano bez ssania w żołądku, spokojnie przespałam noc i nie czułam głodu jeszcze godzinę po obudzeniu. Może sekret naprawdę tkwi w dodatku oleju do owoców? Muszę to zbadać! :)




W następnych postach chciałabym się podzielić swoimi udanymi eksperymentami kuchennymi :) niektóre zaczerpnęłam z sieci, inne wymyśliłam sama: będzie domowy pasztet, masło z orzechów włoskich, burgery bez bułki i inne cuda wianki :)  

Mały update: nie wspomniałam o opcji wegańskiej, która pomogła sporej liczbie osób również tych z hashimoto, poczytacie o tym na moim blogu w tym poście: http://to-co-ty-jesz-strongerthanhashi.blogspot.com/2016/06/wszystkiego-trzeba-sprobowacna-sobie.html



Mam nadzieję, że podoba Wam się artykuł i że okaże się pomocny! 



Do zobaczenia! :) 

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Pielęgnacja suchej skóry: nie tylko kosmetyki!





Cześć!

Jak wiele czasu poświęcasz sobie każdego dnia? Dbasz o rodzinę, dom, pracujesz... i bardzo dobrze! Tylko nie zapominaj, że w nierównej walce z płynącym czasem i- jeśli masz hashimoto czy inną dolegliwość- z chorobą, dobrze byś znalazła moment na zadbanie o zdrowie i kondycję :)

Która z nas tego nie zna? Skóra sucha jak wiór, zwłaszcza na nogach, w okolicy łokci, na ramionach... reklamy środków do pielęgnacji suchej skóry to częsty widok w telewizji. 

Używanie kosmetyków typu kremy, balsamy, mleczka- to na pewno część sukcesu w radzeniu sobie z problemem przesuszonej wiecznie skóry.  Ale to nie wszystko. Samo użycie kosmetyku to jeszcze nie koniec. Jak wzmóc skuteczność stosowanych przez nas specyfików?

Jakiś czas temu czytałam na kilku blogach i innych stronach internetowych o masażu szczotką.Masaż najlepiej wykonywać na sucho, szczotką właściwie dowolną, taką, by nam nie zrobiła krzywdy ale też niekoniecznie super miękkiej. Podobno najbardziej optymalny jest taki zabieg rano, kiedy się obudzimy i leżymy jeszcze w łóżku. Jednak każda pora dnia nada się na taki pielęgnacyjny rytuał :)

Masaż wykonuje się najczęściej kolistymi ruchami w kierunku serca. Do takiego masażu nadaje się skóra dolnych partii ciała, a także na przykład ramiona. Podobno już niekoniecznie dekolt, gdzie nasza skóra jest znacznie delikatniejsza. 

Po takim zabiegu, którego czas trwania zależy wyłącznie od nas samych (jednak najlepiej, by to było chociaż 10 minut) warto zaaplikować na skórę ulubiony kosmetyk. Tutaj też dobrze jest poświęcić kilka minut aby dobrze go rozprowadzić, wmasować lub wklepać. 

Skóra odwdzięcza się nam już po pierwszym takim masażu. Jest dużo bardziej miękka, świetnie wchłania wszelkie balsamy i kremy. Jest gładka i bardziej napięta. 

O czym jeszcze warto pamiętać, by cieszyć się nawilżoną skórą? Ważne jest picie wody! To banał, ale czy czasem nie łapiecie się na tym, że minął dzień, a Wy wypiłyście raptem kubek kawy, trochę soku i herbatę? No właśnie. Starajmy się wyrobić w sobie nawyk picia około dwóch litrów wody dziennie. Pomaga w tym budzik, znaczenie poziomu wody w butelce z dopiskiem np. czarnym flamastrem na butelce, do której godziny chcecie wypić daną jej ilość i inne metody. Wybierzcie najlepszą dla siebie! :)





Stan skóry poprawia też aktywność fizyczna. Ma ona zbawienny wpływ na więcej rzeczy, choćby na zdrowie, kondycję, samopoczucie, ale w kontekście tego konkretnego tematu- również na skórę. Jak dobrać aktywność fizyczną gdy masz hashimoto? Podsuwam Ci ten artykuł :) 

http://strongerthanhashi.blogspot.com/2016/04/wiosna-zaczynamy-sie-wiecej-ruszac-jak.html 

Dziś dostałam prezent od Przyjaciółki- kilka kosmetyków naturalnych. Na zdjęcie załapał się też balsam z firmy Balea, który przywiozłam sobie z ubiegłorocznych wakacji. Będą jak znalazł do opisanych tu dziś przeze mnie zabiegów kosmetycznych! :) Dam znać po około miesiącu, jak się sprawdziły :) Czy będą godne polecenia? 



Dajcie znać jakie są Wasze rytuały pielęgnacyjne! Zapraszam do przetestowania metody szczotkowania na sucho. Może się wydawać, że trochę to czasochłonne, ale można taki masaż wykonywać, kiedy siedzimy przed telewizorem, rozmawiamy przez telefon czy podczas innych codziennych czynności. W końcu to tylko jakieś 15 minut :)

Trzymajcie się zdrowo! 

Do zobaczenia! ;)