Cześć i czołem,
Dzisiaj o czymś, co będzie dość osobiste, ale bez tego nie da się wyjaśnić powodu, dla którego nieustannie jestem w poszukiwaniu- poszukiwaniu najlepszego dla mnie rozwiązania. Rozwiązania, które przyniesie mi poprawę zdrowia, które pozwoli żyć normalniej i nie każe martwić się każdego dnia: czy w moim ciele zaszły nieodwracalne już zmiany...
Temat jest śliski. W poprzednich postach pisałam na temat żywienia w chorobie hashimoto czy w ogóle w przypadku chorób autoimmunologicznych. Nie, nie wrzucam ich wszystkich do jednego worka, wiadomo, że często zalecenia w przypadku każdej z tych chorób są bardzo różne.
Jednak o czymś nie wspomniałam, pisząc o różnych zaleceniach dietetycznych. Something's missing, niestety.
Podobne zestawienie wielu zaleceń i sposobów żywienia zrobiła na swoim blogu Pepsi Elliot. Jeśli jej jeszcze nie znacie, zajrzyjcie, bo mądrze pisze o wielu sprawach i ma sporą wiedzę- o suplementach, pochodzeniu żywności, itd. Sama autorka bloga jest witarianką. Stosuje styl żywienia 80-10-10 zalecany przez niejakiego dr Grahama. http://www.pepsieliot.com/o-najlepszych-dietach-dla-hashimoto/
Czytając jej artykuł, uświadomiłam sobie, że zapomniałam napisać o opcji dietetycznej jaką jest dieta roślinna. Od dawna oglądam filmy youtuberki o nazwie Joanna Maja, która zmaga się z Hashimoto, łysieniem i wieloma innymi poważnymi zaburzeniami. Jest ona na diecie bezglutenowej oraz wegańskiej. Z początku przez rok jadła w stylu Raw Till 4, 80-10-10, obecnie jest na opcji Starch Solution. Nie będę dziś się nad tym rozwodzić, bo trzeba by to wszystko dokładnie opisać, a nie o to dziś mi chodzi. https://www.youtube.com/watch?v=hvSGPXvRojw
Chodzi mi o to, że nie mam pojęcia jakim cudem zapomniałam o tym wspomnieć, skoro oglądam i czytam od dawna te materiały, wspomnianych tu dziś osób. Myślę, że wspomnieć o tym powinnam, bo jak zawsze mocno podkreślam- To, co służy jednemu, drugiemu będzie szkodzić!
Dlatego też, dalecy powinniśmy być od oceniania czyjegoś stylu żywienia. Co wtedy, jeśli ktoś nie je soi, strączków i mleka i czuje się świetnie, a druga osoba stosując te same zalecenia, ma coraz gorsze wyniki i czuje się źle? Co, jeśli ktoś nigdy nie był na protokole ale za to jest na paleo i ma się świetnie- a tymczasem inna osoba musi być na niezwykle restrykcyjnym FODMAP, żeby czuć się w miarę dobrze?
Dziewczyna, o której wspomniałam, Joanna Maja ze swoim kanałem na YT- znalazła swoją drogę do wyciszenia kilku agresywnych chorób i zaburzeń. nie bierze leków (mam nadzieję, że pod kontrolą lekarza!), jest na diecie roślinnej i wreszcie czuje się dobrze.
Jest tyle doniesień, które podają, że na diecie roślinnej kobietom z zaburzeniami hormonalnymi wróciła miesiączka, spadło TSH, przeciwciała- że czuję się kompletną ignorantką, że o tym nie wspomniałam kiedy robiłam wielkie zestawienie różnych sposobów odżywiania.
Dlatego uznałam, że należy się diecie roślinnej osobny artykuł. Mogłam po prostu edytować tamten post i byłoby po sprawie. Ale chyba byłoby to nie fair :)
A teraz, bo miało być przecież osobiście- co ze mną?
Jak już pisałam w innym poście, choruję na hashimoto od jakichś 11-12 lat. Diagnoza postawiona była kiedy miałam ok. 13 lat, ale oczywiście biorę pod uwagę fakt, że mogłam być chora wcześniej- bo rzadko wykrywa się to wcześnie.
Zachorowałam więc jako nastolatka i to bardzo wczesna nastolatka. Jednak co ciekawe, nie miałam większych problemów z miesiączkowaniem i w ogóle, etap dojrzewania nie wydawał się w żaden sposób zaburzony- że tak to ujmę, nie odstawałam od rówieśniczek w swoim fizycznym rozwoju.
Jasne, odczuwałam skutki i objawy choroby. Byłam słabsza, szybciej się męczyłam i łapałam zadyszkę- ale byłam przyzwyczajona bo od dziecka miałam astmę i byłam strasznym alergikiem. Przez lata nie biegałam na lekcjach wuefu.
Mijały lata. Lekkomyślnie odstawiłam leki- Letrox. Nie chciało mi się ich brać, uważałam że są mi niepotrzebne, czy coś. W wieku 21 lat zaczęłam brać tabletki antykoncepcyjne, wtedy już od 5 lat nie brałam Letroxu lub brałam strasznie nieregularnie... wyszłam za mąż, zmieniłam miasto.
Po dwóch latach postanowiłam odstawić tabsy anty. No ewidentnie mi nie służyły. Ciągle niedobrze, jakieś żyłki na nogach, bóle, poza tym brałam już regularnie Letrox i dowiedziałam się (po dwóch latach!), że antykoncepcja hormonalna źle wpływa na przyjmowany Letrox, mało tego- w ogóle na osobę z chorobą autoimmunologiczną...zyskałam świadomość, której wcześniej nie miałam- tabletki anty to szkodliwa trucizna, nawet dla potencjalnie zdrowej kobiety. Rzuciłam paskudztwo w październiku 2015 i.....przestałam miesiączkować.
Z początku okres był, ale coraz dłużej na niego czekałam. W styczniu się już nie pojawił. Od tamtego czasu głucha cisza.
Ginekolog zrobiła mi badania, okazało się, że TSH 2,5- i tak super, zeszłam z 15,5- ale nadal źle. Testosteron w najbardziej górnej granicy normy, prolaktyna wręcz odwrotnie. Wywołano mi miesiączkę Luteiną, czyli po prostu progesteronem. Była, minęła i...już się więcej nie pokazała.
Od dwóch dni znów biorę Luteinę. Ale postanowiłam sobie coś. Zawzięłam się. Nie dam chorobie szansy na zrobienie ze mnie 24-letniej kobiety z menopauzą, wysokim ryzykiem osteoporozy i nowotworu macicy. Nie planuję dzieci, ale brak owulacji, niepłodność to nie tylko niemożność posiadania dzieci. To poważna sprawa, grozi wieloma powikłaniami.
Dlatego postanowiłam na kilka miesięcy, w ramach eksperymentu- wyeliminować żywność pełną hormonów, antybiotyków, substancji, które mogą zaburzać moją gospodarkę hormonalną i zdrowie.
Nabiał już wcześniej rzuciłam, gluten jeszcze wsześniej. Ale przyszła kolej na sprawdzenie opcji z wyrzuceniem mięsa.
Dlaczego? Nie mam możliwości ani też tyle pieniędzy, aby wszystko było z ekologicznej hodowli, karmione trawą i w ogóle.
Mięso z marketów jest bombą zegarową pełną substancji, których nikt nam nie zdradzi. Dopuszczone przez jakieś normy, owszem- ale chyba każdy wie, o co chodzi.
Absolutnie NIE JESTEM PRZECIW PALEO. Może się bowiem okazać, że wrócę do Paleo z podkulonym ogonem. Nie wiem, nie mam pojęcia, jak zareaguje moje ciało. Nikt tego nie wie, dlatego jedyne wyjście to sprawdzenie na sobie samej, co to przyniesie.
Jako, że na blogu chciałam zawsze wrzucać przepisy- będę to robić. Osoby na paleo czy na diecie tradycyjnej nadal mogą z powodzeniem z nich korzystać- wystarczy je lekko zmodyfikować, przyrządzanie mięsa jest raczej łatwe, każdy ma w tym doświadczenie. O wiele trudniej przyrządzać dania roślinne, które będą ciekawe i inspirujące, nie nudne ani powtarzalne do bólu.
Za radą mojej Przyjaciółki, która note bene, jest wegetarianką i przymierza się do weganizmu- planuję zrobić dokładne badania krwi, które powtórzę za jakiś czas aby kontrolować wpływ jedzenia roślinnego na moje zdrowie.
Czy to w ogóle rozsądne, czy to skakanie z dietetycznego kwiatka na kwiatek- ja tak nie uważam. I, szczerze powiedziawszy- nie dbam o to, jak to widzą inni. Bo tu chodzi o mnie, a nikt za mnie nie udźwignie ciężaru choroby czy złego samopoczucia.
Przepisy już wkrótce, mam nadzieję, że wszystkim przypadną do gustu i że będziemy się tu dobrze bawić :)
Nie przedłużam tego wpisu, będą kolejne, to zaledwie garść informacji!
Do następnego, hej!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz