" "A resztę badań to sobie pani już zrobi prywatnie".
Chyba popełniłam błąd, zakładając tego dnia do lekarza moją ulubioną sukienkę uszytą z dolarów, wysadzaną kryształkami Svarowskiego.
To oczywiście sarkazm. Nie mam takiej sukienki."
Cześć!
Dziś chcę się podzielić wpisem o charakterze tragikomedii. Dramat, ale właściwie to nawet można się pośmiać. Któż z nas nie zna tej adrenaliny towarzyszącej korzystaniu z usług służby zdrowia! Nie trzeba chorować na Hashimoto, każdy chodzi czasem do lekarza. Zapraszam! :D
Jest 5:50, dzwoni budzik. Wstawać się nie chce, wiadomo. Tym bardziej, że znowu nie udało mi się dotrzymać złożonej sobie
obietnicy, żeby kłaść się do łóżka wcześniej i nie korzystać przed snem z tabletów, telefonów, komputera. Budzę męża, łykam Letrox, robię mu śniadanie, sama zjem dopiero za jakieś pół godziny- po tabletce trzeba odczekać do śniadania. Plany na dziś?
W poniedziałek mam umówioną wizytę u dietetyka klinicznego. Do wizyty muszę się przygotować: pani dietetyk
prosiła abym zrobiła szereg badań. Między innymi krzywą insulinową. Prawdopodobnie mam insulinooporność, więc trzeba to wyjaśnić w badaniu.
Mam to szczęście, że sama jestem sobie szefem. Ustalam sobie godziny pracy a nawet ilość przyjmowanych zleceń,
klientów. Najczęściej pracuję w godzinach popołudniowych. Nie każdy ma ten komfort, a ja się cieszę, że mam, bo dzięki temu nie muszę zwalniać się z pracy żeby iść do lekarza albo na badania do laboratorium, które przecież wykonuje się
najczęściej rano.
No i tu zaczyna się tak zwany cyrk na kółkach.
Właściwie cyrk się zaczął już wczoraj.
Idę do przychodni. Będę potrzebowała umówić się do lekarza pierwszego kontaktu, żeby dostać od niego skierowanie na choćby część badań- przecież są dość drogie, a ja muszę zrobić ich kilka. Sama wizyta u dietetyka też kosztuje. Umawiam się na wizytę na kolejny dzień.
Poszło gładko. Ale ja mam jeszcze pytanie. Więc pytam panią w rejestracji. Czy w tej przychodni jest laboratorium? Jest. A czy wykonuje się tu takie badanie jak krzywa insulinowa? Nie wiem. Proszę pytać u góry, w okienku. W okienku- nie wiedzą. Proszę iść do laborantki,
pokój xxx.
Laborantka nie wie, odsyła do okienka....w okienku pani stwierdza, że pójdzie spytać laborantki :D
Wraca. dzwoni przy mnie do jakiejś znajomej pani magister i pyta o owo nieszczęsne badanie.
Nie wiem kim jest ta pani, nie nosi fartucha ale z pewnością należy do personelu medycznego. Bardzo miła, ale to co zaraz powie, sprawia że głupieję. "Takiego badanie nie wykonujemy, to trzeba w szpitalu. Bo nie można podać tak sobie zdrowemu pacjentowi insuliny, to jest groźne. To trzeba w warunkach szpitalnych".
Dębieję. Czy ja o czymś nie wiem? Czyżbym była głupia, aż tak? Myślałam, że krzywą insulinową oznacza się razem z krzywą cukrową, nikt mi nie podaje żadnej insuliny, tylko bada stężenie mojej własnej insuliny w mojej własnej krwi, na czczo, potem po godzinie od wypicia glukozy i w końcu po dwóch godzinach.
Ale pani brzmi przekonująco i idę do domu sprawdzić, o co naprawdę chodzi w tym badaniu.
Po drodze dzwonię do pani dietetyk. Mówię, że jest problem z tym badaniem, że nie chcą go zrobić. Poleca mi
na szczęście jakieś laboratorium, o którym wie że chyba tam robią.
W internecie znajduję to laboratorium. Dzwonię, nikt nie odbiera. Orientuję się, że jest popołudnie. Nikt przecież
nie siedzi w punkcie pobrań po południu!
Gapa ze mnie, muszę dzwonić jutro z rana.
Dziś. 10 maja 2016. Jadę do lekarza pierwszego kontaktu. Mówię, że potrzebuję skierowanie na badanie TSH, FT3 i FT4.
Cichutko wspominam, że przeciwciała zbadam już prywatnie, bo pewnie pan mi nie da skierowania również na nie.
Lekarz patrzy i mówi, że on może dać tylko na TSH, ale dorzuci ładnie morfologię, jeszcze cukier i badanie moczu. Zmierzył mi nawet ciśnienie! A, i dorzucił dowcip. "Jak wróżyły Cyganki, będzie pani żyła do samej śmierci, hehe". Taki śmieszek z niego.
"A resztę to sobie pani już zrobi prywatnie".
Chyba popełniłam błąd, zakładając tego dnia do lekarza moją ulubioną sukienkę uszytą z dolarów, wysadzaną kryształkami Svarowskiego.
To oczywiście sarkazm. Nie mam takiej sukienki.
Wsiadam w autobus, dzwonię do laboratorium poleconego przez dietetyka. Odbiera bardzo fajna pani. Pytam o krzywą. Pani nie wie.
Ale jest miła i kompetentna, więc sprawdzi a ja oddzwonię za pół godzinki. Cieszę się i czuję ulgę. Dzwonię po pół godzinie.
Badają. Super. Pytam o cenę- mniej przyjemna, ale co zrobić? Pani pyta czy mam od lekarza na recepcie napisane, jaka
to ma być glukoza, którą mam kupić w aptece. 50 czy 75? Mówię, że nie mam takiego świstka. Pani mówi, że nie szkodzi.
Siedzę jeszcze w autobusie, a Miła Pani dzwoni do mnie, bo spytała i jednak potrzebuję ten świstek. Że jaka to ma być
glukoza. Jestem jej wdzięczna, bo to z jej strony ładnie a z drugiej strony załamana, bo przecież właśnie wyszłam od lekarza.
Dzwonię do przychodni, innej, blisko mojego domu. Przyjmą mnie, bez problemu. Ok.
Lekarz przyjmuje, pyta o co chodzi. Wypisuje mi karteczkę, że glukoza 75. Nieśmiało zagajam, czy lekarz pierwszego
kontaktu może wypisywać skierowanie na TSH, FT3 i FT4. Nie, nie, wie pani, ja mogę na TSH only.
Wdech, wydech.
Mówi jeszcze, że u nich bez problemu w laboratorium zrobią mi wszystko co tylko mi się zamarzy. Nawet tą krzywą
insulinową. Podekscytowana, biegnę do pani która pobiera krew spytać i ceny. Będę mieć tak blisko na badania, żadnych autobusów!
Pani patrzy, dyktuje mi ceny ale przy krzywej insulinowej poprawia mnie z miną zwycięzcy:
"Pani chodzi o krzywą cukrową!"
Nie, nie chodzi. Chodzi o cukrową ORAZ insulinową. Tłumaczę, na czym to polega.
Pani nigdy o tym nie słyszała. Nie ma nawet czegoś takiego w jej cenniku. Kilka razy znów próbuje mi wmówić, że jestem tępa
i nie wiem, co to jest glukoza, a co to jest insulina. Ona wie lepiej, czego mi trzeba do szczęścia.
Odchodzę, mówiąc że dziękuję za pomoc ale zrobię badania tam, gdzie wiedzą o co chodzi.
Dzwonię znów do tej Miłej Pani.
Jej ciepły głos przynosi mi ulgę. Podśmiewamy się, żartujemy. Pytam o ceny badań,
postanowiłam zrobić w ich laboratorium wszystkie, łącznie chyba z siedem.
Podliczam, wychodzi kwota która przyprawia mnie o mały ból głowy, ale zawsze mogło być gorzej. Potrzebuję tych wyników,
więc trzeba iść i zapłacić, innej drogi nie ma. TSH zrobię sobie na fundusz, zaoszczędzę 15 zł. Dobre i to.
Jak już człowiek tak z siebie to wszystko wyrzuci, to jest jakby prościej. Lżej tak jakoś. I nawet śmiać się już z tego chce, bo po co płakać w sumie. Nie ma co!
Ciekawią mnie Wasze doświadczenia i potyczki z lekarzami, laboratoriami i innymi cudami! Koniecznie się podzielcie w komentarzach :) :) :)
Do zobaczenia! :)
Przepisy i paleo, i wegańskie, blog o zdrowiu, aktywności fizycznej, jedzeniu w chorobie autoimmunoligicznej i szeroko pojęta dziedzina zwana powszechnie "lifestyle"
wtorek, 10 maja 2016
wtorek, 3 maja 2016
Żywienie w hashimoto cz.2
Żywienie w hashimoto, cz. 2
Cześć,
Dziś dalsza część na temat żywienia w chorobie hashimoto oraz towarzyszących jej często dolegliwościach. Przypominam, że to wypadkowa moich własnych doświadczeń oraz setek przeczytanych artykułów, wypowiedzi, obserwacji innych. Nie jest to więc fachowy artykuł medyczny czy dietetyczny. Jednak sądzą, że okaże się pomocny, może być bazą czy inspiracją która pomoże Wam ustalić, co dla Was jest najlepsze i co Wam służy :)
Jeśli chorujecie od jakiegoś czasu i żywo interesujecie się tym, co na temat hashimoto jest w internetach- to na pewno znacie już bloga "Tłuste życie", "Alpaca square" "Cook it lean" oraz dietetyczkę kliniczną "Ajwen"- Iwonę Wierzbicką. To źródła mojej wiedzy ale oczywiście z pewnością jest ich więcej. Osobiście tak bardzo lubię te dziewczyny dlatego, że albo same na własnej skórze próbują tego, o czym piszą i mają efekty, albo pomagają innym i mają świetne efekty w pracy z pacjentami. Jest to mój probierz czyjegoś sukcesu czy "racji" w tej i innych dziedzinach.
Wspominam o nich ponieważ sama jakiś czas temu staram się stosować podejście żywieniowe o którym wiem właśnie od nich. Co to za podejście? Co mi służy, co aktualnie sprawdzam?
- PALEO
O co chodzi z tą dietą Paleo? To nie kolejna dieta sezonu, modna wśród gwiazd Hollywood tego lata, nie dwutygodniowa fanaberia. Jest to sposób odżywiania na całe życie, lub chociaż do osiągnięcia spodziewanych efektów- potem jeśli ktoś chce, może na przykład włączyć do jadłospisu niektóre kasze czy ryż itd. Osobiście nie zgadzam się z jej założeniami bazującymi na teorii ewolucji itd, ale jej zasady bardzo mi odpowiadają. Na temat Paleo jest w sieci tyle, że na pewno nie ma sensu się tu rozpisywać za bardzo, ale podstawowe zasady to:
-eliminacja z diety nabiału, a już na pewno tego sklepowego,
-eliminacja zbóż i pseudozbóż (np. gryki, ryżu...)
-eliminacja roślin strączkowych
-eliminacja białego cukru, wszelkiej żywności przetworzonej
-większość źródeł eliminuje również ziemniaki i ogólnie warzywa wysokoskrobiowe.
Ponadto w Paleo nie boimy się tłuszczu, szczególnie zwierzęcego, jemy tłuste mięso, podroby, ale też olej kokosowy, awokado. Tłuszcze roślinne tylko zdrowe, na zimno, nie smażymy na nich, nie gotujemy. Jemy też owoce i warzywa. Jak widać, Paleo leży bardzo blisko protokołu autoimmunologicznego. Dlatego jest tak zalecane przy hashimoto i insulinooporności.
To w telegraficznym skrócie. Więcej na ten temat na blogach, które wcześniej wymieniłam- gorąco je polecam!
Co może nam dać Paleo? Przy hashimoto i insulinooporności (które często idą ze sobą w parze) zwiększona ilość tłuszczów a zmniejszona węglowodanów może zbawiennie wpłynąć na układ nerwowy, trawienny, hormonalny...uspokoi się cukier, jego skoki- a więc i w efekcie końcowym schudniemy. Opanujemy wilczy głód i nagłą senność pojawiającą się wcześniej po spożyciu porcji makaronu czy chleba.
O czym jednak pamiętać przy hashimoto, chcąc przejść na paleo?
PALEO PLUS DOBRE WĘGLOWODANY
Z pomocą przychodzą dozwolone w Paleo owoce. Ja staram się wybierać takie, które nie spowodują aż tak nagłego skoku cukru i insuliny we krwi oraz te, które dodatkowo pomogą lepiej trawić tłuszcze których jest w Paleo tak dużo. Do takich owoców należy ananas. Dobre będą cytrusy i owoce leśne, jagodowe.
Poza tym można ładnie spowolnić wzrost cukru we krwi jedząc owoce z tłuszczem, ja uwielbiam połączenie ananasa z nierafinowanym olejem kokosowym- smakuje jak pinacolada!!! :)
Jeśli czujemy się dobrze a może nawet przeszliśmy przez protokół, możemy wprowadzać kaszę gryczaną czy ryż biały w małych ilościach, jako źródła węglowodanów.
Z pomocą przychodzą też warzywa takie jak bataty, buraki i marchew.
Trzeba znaleźć swój sposób i umiejętnie żonglować węglowodanami w ciągu dnia. Rozłożyć sobie je na powiedzmy dwa posiłki.
I tutaj kolejna sprawa, czyli.....
- KOLEJNOŚĆ POSIŁKÓW Oczywiście, nie ma reguły idealnej dla nas wszystkich. Jednak co ja zauważyłam, jeśli chodzi o kolejność posiłków? Najbardziej służy mi śniadanie białkowo- tłuszczowe. Mogą się w nim znaleźć warzywa, ale nie te wysokoskrobiowe.
Kolacja w wypadku osób z hashi może być węglowodanowa. Wielu osobom to bardzo służy, przyglądam się teraz swojemu organizmowi i wygląda na to, że mnie również będzie to pasowało.
Ile tych posiłków? Jeśli dodatkowo mamy insulinooporność lub ją podejrzewamy patrząc na swoje objawy, posiłków powinno być mało w stosunku do tego, co proponują dzisiejsze media i dietetycy dla osób zdrowych. Słyszy się o 5-6 małych i częstych posiłkach. Dla nas częściej optymalne będą 3, max. 4 posiłki. Pomoże to uniknąć skoków cukru i wyrzutów insuliny .
Przykładowe posiłki u mnie to:
śniadanie: wątróbka smażona na maśle klarowanym z cebulą plus warzywa
kolejny posiłek: pieczone buraki, kalafior, cebula czerwona z oliwą i jajko sadzone z płynnym żółtkiem,
obiad: warzywa plus sztuka mięsa duszona w maśle klarowanym
kolacja: pół ananasa i trzy mandarynki z olejem kokosowym.
Wiem, że podobno owoce na noc to zły pomysł, dlatego może lepiej by było zamienić drugi posiłek z kolacją. Jednak pod koniec dnia czasem orientuję się, że nie zjadłam prawie wcale węglowodanów i chcę to naprawić. Dodatkowo muszę powiedzieć, że po takiej kolacji wstałam rano bez ssania w żołądku, spokojnie przespałam noc i nie czułam głodu jeszcze godzinę po obudzeniu. Może sekret naprawdę tkwi w dodatku oleju do owoców? Muszę to zbadać! :)
W następnych postach chciałabym się podzielić swoimi udanymi eksperymentami kuchennymi :) niektóre zaczerpnęłam z sieci, inne wymyśliłam sama: będzie domowy pasztet, masło z orzechów włoskich, burgery bez bułki i inne cuda wianki :)
Mały update: nie wspomniałam o opcji wegańskiej, która pomogła sporej liczbie osób również tych z hashimoto, poczytacie o tym na moim blogu w tym poście: http://to-co-ty-jesz-strongerthanhashi.blogspot.com/2016/06/wszystkiego-trzeba-sprobowacna-sobie.html
Mam nadzieję, że podoba Wam się artykuł i że okaże się pomocny!
Do zobaczenia! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




